MENU

"Zan"

Gdzieś bardzo daleko stąd, w pewnej mroźnej krainie, była sobie mała wioska. W niej mieszkały trzy bardzo liczne rodziny. Wszyscy razem doskonale się rozumieli i nawzajem sobie pomagali. Dzieci zawsze wspólnie się bawiły, i razem uczyły się tego, co mogli przekazać im dorośli. Nie było krzyków, płaczu ani smutku. Panowała radość i szczęście. Aż pewnego razu do wioski dotarła nowina, która na zawsze miała zmienić całe życie mieszkańców. A z pewnością zmieniła jednemu z chłopców. Ale o tym sami się przekonacie. Wieść informowała o ogromnej burzy śnieżnej, która rozszalała się po drugiej stronie lodowca. Nawałnica wywołała lawinę zmierzającą prosto na wioskę. Dorośli od razu zwołali naradę, aby podjąć decyzję, co robić. Rozwiązań było wiele, ale tylko jedno dawało największą szansę przetrwania ich małej społeczności. Cała wioska położona była w dolinie, u zbocza ogromnej góry, na którą wejść mogli tylko najwytrzymalsi wędrowcy. Tuż pod samym szczytem była ogromna jaskinia, która gwarantowała przetrwanie największej nawałnicy i lawiny śnieżnej. Legendy głosiły, że posiadała ona magiczną moc życia. Kto tam docierał, zdrowiał i otrzymywał niesamowitą siłę i energię. Ale tylko nielicznym udało się tam dotrzeć. Była to jednak dla nich największa szansa przeżycia, bo pozostanie w wiosce groziło śmiercią wszystkim. Rozpoczęły się żwawe przygotowania. Ci, którzy byli najbardziej wysportowani, ćwiczyli z pozostałymi, by każdy nabrał tężyzny i siły. Część mieszkańców przygotowywała niezbędne sprzęty i odzież, a pozostali robili zapasy żywnościowe. Każdy był maksymalnie zaangażowany i skoncentrowany na przygotowaniu misji. Prawie każdy, bowiem znalazł się ktoś, kto bardziej chciał korzystać z pracy innych, niż samemu coś dać od siebie. Był to Zan. Nie bardzo interesowało go codzienne ćwiczenie, bo jak sam twierdził, już miał wystarczającą ilość mięśni i był wysportowany. W czasie, gdy inni ciężko pracowali, wolał bawić się na lodzie lub podglądać tamtejsze zwierzęta. Obiecywał tylko co rano swojemu tatusiowi, że będzie dzielnie ćwiczył i poświęci każdą minutę, by wzmocnić i zahartować swoje ciało. Niestety, zajmował się tylko tym, co sprawiało mu największą przyjemność, czyli odpoczywaniem i zabawą. A gdy wieczorem jego tata pytał, czy nauczył się wszystkich niezbędnych rzeczy, zapewniał go, że doskonale sobie radzi ze wszystkim. Mieszkańcy wiedzieli, że zostało im niewiele czasu, żeby zdążyć przed burzą, więc bardzo ciężko pracowali. Aż przyszedł ten dzień, kiedy wszyscy byli już gotowi, Jak się później okazało, prawie wszyscy. Zwarci i gotowi zabrali najpotrzebniejsze rzeczy. Każdy, nawet dziecko, dostał plecak wypchany po brzegi i szeregiem wyruszyli pod górę. Po kilku godzinach wędrówki Zan zaczął odczuwać zmęczenie i najchętniej oddałby ciężki plecak komuś innemu, jednak wszyscy byli już wystarczająco obładowani, więc nie bardzo miał komu. Nie wytrzymał nawet do południa. Zaczęły go boleć nogi, a plecak coraz bardziej uwierał go w plecy. Ze strachem w oczach zaczął rozglądać się dookoła, bo nikt jeszcze nie odczuwał zmęczenia. Wszyscy zwartym szykiem podążali wciąż w górę, jak zatwardziali wojownicy, którym nieznane było zmęczenie. Nietrudno było się domyślić, że już pod wieczór Zan szedł na samym końcu grupy. A oni wciąż szli w górę, bez przystanku i odpoczynku. Na dworze zaczęło robić się szarawo, a im zostało już niewiele do przejścia, by dotrzeć do przełęczy, gdzie zaplanowali postój. Ojciec Zana, który wszystkim przewodził i wędrował na początku grupy, poprosił, by wszyscy trzymali się razem, by szli dalej jednym tempem, bo postój był już niedaleko. Zan w swoim zwyczaju postanowił jednak zrobić po swojemu. Znalazł sobie skalną półkę i tam postanowił chwilkę odpocząć, wtulił się w swój plecak i zasnął. Gdy się obudził, była już ciemna noc, a po grupie nawet już śladów nie znalazł, bo wiatr zwiał trop ze śniegu. Rozpaczliwie ruszył w pogoń za nimi. Niestety, nie miał pojęcia, co robić w takiej sytuacji, bo nie był zainteresowany słuchaniem, kiedy takich wskazówek udzielał mu Ojciec. I poszedł w zupełnie innym kierunku niż cała grupa. Na szczęście podążając w ciemnościach, dotarł do maleńkiej jaskini, w której został całą noc. Tymczasem ojciec zorientował się, że nie ma Zana dopiero wtedy, gdy dotarli do przełęczy. Wszyscy byli - oprócz niego. Serce mu się ścisnęło, ale wiedział, że nie może opuścić wędrowców, bo tylko on tak dobrze znał te góry i wiedział, że jest odpowiedzialny za całą grupę. Zbyt mało było takich osób, by ktokolwiek z nich mógł oddalić się i ratować chłopca. Ojciec Zana był bardzo mądrym i doświadczonym człowiekiem i potrafił kontaktować się z siłami przyrody, więc poszedł na skarpę, rozłożył ręce i zaczął modlić się o pomoc dla Zana. Duchy przyrody pokazały mu wszystko: jak Zan oszukiwał, że pracuje, a tak naprawdę nie robił nic, ukazano mu lenistwo i wygodnictwo syna. Ojciec zrozumiał, że chłopiec z własnej woli był kompletnie nieprzygotowany do tej wędrówki. Rozumiał również, że obecność chłopca spowalniałaby ich wędrówkę, a na to nie mógł pozwolić, bo reszta grupy była doskonale przygotowana i miała ogromne szanse na to, że im się powiedzie. Jeszcze bardziej zatopił się w modlitwę i w miłości z troską poprosił siły o wstawiennictwo dla chłopca, by miał opiekę i ochronę. Oczywiście rozumiał również, że Zan dostanie na tyle dużą opiekę, na ile sobie zapracuje, co oznaczało, że im więcej da z siebie, tym bardziej siły będę się nim opiekowały. Zaczął się modlić właśnie o to, by Zan zechciał pracować nad sobą, by dawał z siebie jak najwięcej, by wzrosła w nim odwaga i odpowiedzialność. Gdy skończył, ukazał mu się ogromny orzeł ze świetlistymi skrzydłami i już wiedział, że wszystko będzie dobrze, że syn jest pod opieką największej siły, z jaką pozwolono mu się zetknąć. Zan obudził się o świcie, przerażony i samotny. Nie wiedział zupełnie, co ma robić. I właśnie w chwili, gdy beznadzieja zaczęła powoli pochłaniać jego istotę, przypomniał sobie słowa Ojca, który często powtarzał, że zawsze można zwrócić się o pomoc do sił, które tylko czekają na to, byśmy zechcieli ich wsparcia. Usiadł na wprost słońca, rozłożył ręce i najszczerzej jak tylko mógł, zaczął prosić o pomoc. Podczas tej modlitwy przypomniał sobie, jak bardzo lekceważył słowa taty i jak ogromne znaczenie miało wszystko to, co robili inni, by się przygotować do wędrówki. Zrozumiał również, że to właśnie przez swoje lenistwo znalazł się w takiej sytuacji. Wstyd mu się zrobiło, bo odczuł, że cały świat, który go otaczał, doskonale znał wszystkie jego myśli i czyny. I już wiedział, że zmieniłby wszystko, co robił niepoprawnie. Że pracowałby w pocie czoła, by nie odstawać od grupy, że pomagałby w przygotowaniach, byle być razem z nimi, a w szczególności z tatą. Brakowało mu jego ciepła i mądrości. Tata z pewnością wiedziałby, co robić w takiej sytuacji. Rozważania przerwał Zanowi krzyk orła. Chłopiec uniósł w górę głowę i z zaciekawieniem zaczął przyglądać się ptakowi, bo takiego pięknego jeszcze nie widział. Był jakby nie z tej planety - ogromny, wspaniały, a między jego skrzydłami promieniowało światło. Chłopiec powoli odzyskiwał spokój w sercu i przepełniło go dziwne uczucie, że wszystko będzie dobrze, tylko trzeba zaufać. Jeszcze nie wiedział komu lub czemu, ale już czuł, że nie jest sam. Zrozumiał również, że skończył się czas lenistwa i że wszystko będzie musiał zrobić sam. Już nie obarczy obowiązkami innych ludzi, bo ich po prostu w pobliżu nie będzie. Gdy postanowił naprawdę zabrać się do pracy, na niebie rozległ się krzyk orła, jakby na potwierdzenie słuszności jego myślenia. Zarzucił plecak, klasnął w dłonie i spojrzał w górę, prosząc o prowadzenie. Orzeł jakby tylko na to czekał, zatoczył jedno wielkie koło i poprowadził chłopca, wskazując kierunek wędrówki. Chłopiec miał tylko jeden cel - powrócić do rodziny, do Ojca, by móc podziękować za to wszystko, co dla niego robili. Pragnął tak bardzo ofiarować im choć w połowie tyle miłości i radości, ile otrzymywał od tych wszystkich najbliższych, a której do końca nie doceniał. O niczym innym nie myślał, jak tylko, by naprawić wszystko, co tylko mógł. Zapomniał o bólu, strachu, nawet o samotności, bo teraz właśnie czuł całą miłość, którą obdarzali go najbliżsi, a którą odrzucał wcześniej z powodu własnego egoizmu i lenistwa. Wędrował tak razem z orłem cały tydzień i nie wiedział, kiedy zakończy się jego wędrówka. Ale co rano dziękował za nowy dzień i za jedzenie, które przygotował mu Ojciec. Błogosławił dzień i prosił o siły, by mógł iść dalej. W czasie samotnej wędrówki spoważniał, zmężniał i wydoroślał, stał się odpowiedzialny za wszystko, co robił i co myślał. Nie przyszło mu do głowy, by na cokolwiek marudzić, bo dostrzegał już piękno w całym otaczającym go świecie. Ojciec też czuł zmiany. Wiedział, że syn jest bezpieczny i cały czas modlił się za niego, by powrócił do rodziny, by na nowo mogli stworzyć dom pełen miłości i harmonii. Gdy już dotarli wszyscy do jaskini zmęczeni, ale szczęśliwi, poczuli, że będzie to ich nowy dom i doskonałe schronienie przed nadciągającą nawałnicą. Weszli do środka, gdy chmury zaczęły groźnie kłębić się na niebie. Zbliżała się nawałnica. Ojciec jeszcze tylko raz wyszedł przed jaskinię z nadzieją, że jakimś cudem zobaczy syna. Niestety, nie było widać żywej duszy. Znów podziękował siłom przyrody za prowadzenie i już miał odchodzić w kierunku jaskini, gdy we mgle usłyszał znajome: „Tato”. Tak to był Zan. Radości nie było końca. Obaj rzucili się sobie w ramiona i ściskali tak mocno, aż prawie brakowało tchu. A w oddali słychać było tylko krzyk orła oznaczający, że wszystko przebiegło zgodnie z planem. …

Wszystkie prawa zastrzeżone dla "quzdrowieniu.pl Energoterapia Włocławek".Strona wykonana przez Strony WWW - doneta.pl